|
Nigdy nie jeździłem na nartach ani snowboardzie, jednak zawsze miałem pociąg do sportów ekstremalnych. W podjęciu decyzji pomogła mi Natalia komunikując- w przyszłym roku jedziemy razem na snowboard! Cóż, pomysł fajny, może trochę ze sprzętem słabo a z umiejętnościami w ogóle ale kiedyś trzeba spróbować.
Wybraliśmy się z grupą znajomych na dwa samochody z Lublina. Policzyliśmy, że mimo iż prawie wszyscy mamy zniżki studenckie na PKP, to i tak podróż samochodami wyniesie nas taniej i będzie to wygodniejsze. Tak więc wyruszyliśmy standardową trasą- Lublin, Kielce, obwodnica Katowic i Wisła (polecam trasę przez Siewierz a nie przez Sandomierz, jest mniej korków). Droga trwała całkiem przyzwoicie, wyjechaliśmy ok 9 a na miejscu byliśmy już na 16.
Noclegi załatwiliśmy w KChB w Wiśle- Dziechcince po 25 zł za dobę + 5 zł za korzystanie z kuchni. Postanowiliśmy gotować sami, co było świetnym pomysłem ponieważ dzięki temu zaoszczędziliśmy sporo kasy. Dzienne wyżywienie na osobę wyniosło 10 zł. Jako, że większość z nas nie miała swojego sprzętu, odwiedziliśmy najbliższą wypozyczalnię na Parteczniku i po krótkich negocjacjach wypozyczyliśmy pełen sprzęt- buty+ deski/ buty+ narty za 100 zł komplet na 3 doby. Zasada była taka, że im dłużej tym doba tańsza. Jedna doba to 40 zł za komplet, za samą deskę 30 zł. Od razu pierwszego dnia uderzyliśmy na stok.
Stoki: Pierwszym, który odwiedziliśmy był stok Siglany. 300 m długości, dwa orczyki- jeden do połowy stoku, drugi, szybszy- do samego szczytu. Karnet na 10 wjazdów kosztował 15 zł+ 10 zł kaucji za kartę magnetyczną. Tu panowała podobna zasada- im więcej, tym taniej. Mały orczyk to 1 punkt wjazdowy, duży orczyk to 2 punkty. Jak na początek stok był w porządku, przeszkadzały nam tylko buty i wiązania, które następnego dnia wymieniliśmy bez większych problemów na inne. Jeśli ktoś stawia pierwsze kroki to ten stok jest idealny na początek- mniej ludzi, niewielkie nachylenie. Stok czynny od 9 do 19.55.
Nastepnego dnia udaliśmy się na większy stok. Spory kawałek jazdy samochodem od miejsca zamieszkania, naprawdę dużo śniegu i konieczne zimowe opony, których niestety nie miałem. Dotarliśmy na Stożek. Samochodem można dojechać na najwyższy parking (jest ich kilka po drodze, każdy kosztuje 5 zł niezależnie od czasu parkowania) a stamtąd już albo z buta albo wynajętym samochodem bądź saniami za magiczne 5 zł. Stok bardzo fajny, oferujący 3 różnego stopnia trudności trasy- niebieską (najdłuższą i najłatwiejszą), czerwoną (dosyć stromą i pochyłą) i czarną (kolor mówi sam za siebie). Wjazd wyciągiem krzesełkowym na samą górę kosztuje znów magiczne 5 zł. Można też kupić karnety na pół dnia za 48 zł, bez limitu zjazdów (w godz. 8-13/ 13-17), niestety mają opóźnienie kilku minut, więc jak chcieliśmy jechać razem to niestety nie dało się od razu zczytywać punktów. Trasa niebieska, bo tylko ją poznałem, w miarę fajna dla początkujących chociaż było parę miejsc stromych, które pokonywałem na plecach. Do piątku było w porządku, w sobotę już zjechał się tłum na weekend i było naprawdę ciasno. Wygrzebywanie się z zasp i włączanie do ruchu sprawiało dużo trudności i po prostu denerwowało czekanie aż ci z góry przejadą.
Ostatniego dnia, w niedzielę było już tak dużo śniegu, że był problem nie tylko z jazdą samochodem ale też ze zjeżdżaniem. Ja sam zapadałem się w każdej możliwej zaspie, nie mówiąc już o braku umiejętności wjeżdżania z deską orczykiem.
Podsumowując- wyjazd bardzo udany, jak na pierwszy raz niezbyt drogi i niezbyt dewastujący. Polecam Wisłę ale raczej na tygodniu. Weekendy to spęd turystów głównie z okolic (patrząc po tablicach rejestracyjnych) i uciążliwy tłok na drogach i stokach, kolejki w sklepach itp.
|
| |